FREE FIRE AND WATER (1970, REEDYCJA: 2016; ISLAND RECORD)
Niedziela, po obiedzie. Jak na połowę października przystało – wietrznie, mokro i chłodno. W pokoju równie przyjemnie. Jesienny półmrok współgra z ciepłem bijącym od strony kaloryfera. Delikatnie otwieram plastikowe pudełko i wyciągam srebrny krążek. Za chwilę zniknie we wnętrzu odtwarzacza, a ja – z pilotem w ręku – rozsiądę się wygodnie w fotelu. Zapach zaparzonej kawy, schłodzonej drobiną mleka z dodatkiem cukru wypełnia każdy centymetr sześcienny pomieszczenia. Jest dobrze.
Zresetowany po minionym tygodniu, z planem na kolejne pięć dni spoglądam na okładkę albumu. Jednego z tych sympatycznych, długowłosych młodzieńców za kilka lat nie będzie już wśród żywych… Mhmmm!…, mocniejsza… jak zwykle. Tak, niedziele o tej porze roku zdecydowanie rządzą się swoimi prawami.
Fire and water, Oh i wept, Remember… niby heavy, niby grupa grająca rock z domieszką bluesa… Heavy load, Mr. Big, Don’t say you love me, All right now (Long version)… a jednak czai się w tej muzyce coś jeszcze. Coś, co wręcz idealnie współgra z tą porą dnia i tygodnia. I przede wszystkim z tą porą roku. Free, kawa i ja. W równym, niezbyt spiesznym tempie kroczymy przez to szesnaste popołudnie października roku 2016. I tylko zagrany na finał, niezaprzeczalnie genialny hit trochę odstaje od reszty i psuje nastrój…