(1990, PolyGram)
Trzeba wiedzieć, kiedy można przyznać, iż słucha się albumu Blaze of Glory, żeby nie narazić się na poważne perturbacje towarzyskie (zapewne, nie inaczej będzie w przypadku sympatii do grupy Bon Jovi, a także Madonny, disco polo, radiowej Dwójki i tak dalej, i tak dalej). Tłumaczenie, że na liście udzielających się muzyków są Jeff Beck, Elton John czy Little Richard będzie tylko… próbą wybielenia tej wstydliwej słabości, która – w najlżejszym wydaniu – zostanie skwitowana dyplomatycznymi pomrukami i zmianą tematu. Fakt, iż album zainspirowały Młode strzelby II też nie ma żadnego znaczenia – w opinii fachowców ów film do wybitnych dzieł kina nie należy.
Tylko czy to ma znaczenie? Do filmu lubię wracać, a solowy debiut lidera Bon Jovi bardzo sobie chwalę. Prawda, osadzony w hard – pop – rocku rodem z lat osiemdziesiątych, ale brzmi dobrze, świeżo, szczerze (nawet jeżeli to tylko nastawiony na konkretny cel majstersztyk), jest naszpikowany świetnymi utworami i przenosi słuchacza na Dziki Zachód, a o to przecież chodziło – toć to muzyka zainspirowana westernem.
A może jest jeszcze inaczej? Może Blaze of Glory to dzieło wybitne (należy odnotować – tylko na marginesie, bo akurat wyróżnienia i nagrody to bardzo mętna miara jakości – że album zgarnął kilka bardzo znaczących wyróżnień), ale przez zadeklarowanych fanów niepokornego rocka słuchane w tajemnicy przed światem, bo, wiecie, to Jon Bon Jovi…? I w tym miejscu trzeba postawić kropkę, ponieważ tekst jest już na ostatniej prostej do zanurzenia się w samouwielbieniu i wystawienia sobie kolejnej laurki za przekorę oraz łażenie własnymi drogami, co autor czyni chętnie i przy każdej nadarzającej się okazji, he, he, he.